Każdy gdzieś kiedyś zaczynał…

Urlopowanie z dala od domu uwolniło mnie od zgiełku miasta, ale pozbawiło mnie też dostępu do maszyny, dlatego dziś będzie wpis retrospekcyjny. Szyjący się pośmieją, może powspominają pierwsze dzieła, jakie wyszły spod ich igły. A nieszyjących może zachęci do szycia fakt, że można zaczynać od totalnego zera.

Pamiętacie swój pierwszy uszytek? U mnie była to serwetka, której nigdy nigdzie nie użyłam. A nie, przepraszam, sluży mi jako ścierka do kurzu. 🙂 Gdy tylko przekonałam się, że jako tako umiem podwinąć brzegi materiału, postanowiłam wykorzystać moje niesamowite zdolności dla dobra ludzkości (głównie mojego i bliskich) i uszyć kilka rzeczy użytkowych zanim zabiorę się za ubrania.

O szyciu wiedziałam niewiele, nawet nie zabezpieczałam szwu przed pruciem. Moje materiały nie widziały żelazka w trakcie szycia, a zygzak mi się nie podobał, więc go nie używałam (swoją przygodę z szyciem zaczynałam na starym Łuczniku, który miał tylko dwa rodzaje ściegów). O dziwo, te „akcesoria”, które uszyłam jako pierwsze nadal są przez kogoś używane. Ale o tym dalej.

Gwoli uprzedzenia – zdjęcia pochodzą mniej więcej z okresu, w którym daną rzecz szyłam. Pozostawiają do życzenia prawie tyle samo, co same uszytki. 🙂

Pokrowiec na druty

Wzgardziłam szyciem po liniach narysowanych na kartce papieru i materiale, co jest zalecanym ćwiczeniem na początek znajomości z maszyną do szycia (zresztą bardzo polecanym też przeze mnie obecnie). Chyba głównie dlatego, że… nie wychodziło mi to. 🙂 Wciskałam pedał i gnałam igłą po materiale, nie przyszło mi chyba do głowy, że mogłabym szyć wolniej a dokładniej.

Uznałam, że dosyć zabawy, na pewno pójdzie mi lepiej, gdy będę szyła coś konkretnego.

Moja Mama robi na drutach cuda. Od szalików, przez swetry, aż po sukienki z wymyślnymi wykończeniami. Niestety, to rzemiosło nie odwzajemniło moich ciepłych uczuć i szybko do siebie zniechęciło po kilku próbach zrobienia szalika o wielce skomplikowanym wzorze: prawe oczko, lewe oczko, prawe oczko, lewe… Zatem w ramach docenienia talentu Mamy postanowiłam uszyć jej pokrowiec na druty.

Oto, co wyszło spod mojej ręki:

O dziwo, całkiem zgrabnie ostębnowałam brzegi. Natomiast pięknie widać, że o regulacji naprężenia nici nie miałam bladego pojęcia – stąd pofalowany materiał. Koncepcja była taka, że odległości na dolnych kieszeniach mają odpowiadać tym na górnym pasku – miało to na celu stworzyć podtrzymanie dla główek drutów. Cóż, granicę błędu ustawiłam sobie na 0,5 cm w obie strony, więc wyszło to średnio.

Ale ja byłam dumna z pierwszej rzeczy jaką uszyłam. A najważniejsze, że Mama była ze mnie jeszcze bardziej dumna. I od września 2015 roku używa pokrowca zgodnie z przeznaczeniem i co trochę wspomina, że to doskonały prezent, co mnie ogromnie wzrusza.

Kołderka dla chrześniaka

W październiku 2015 mój bratanek, a zarazem chrześniak, obchodził swoje pierwsze urodziny. W szale nowej pasji pobiegłam do sklepu kupić materiały na kołderkę. Efekt był zadowalający zarówno dla mnie, jak i obdarowanego i jego rodziców. 🙂

Nie jest tak źle, prawda? Poza tym, że nie bardzo wiedziałam, czym jest pikowanie, więc wypełnienie w środku pozostawiłam luzem. Poza tym, biorąc pod uwagę ilość użytego materiału, kołderka powinna być około 2 razy większa. Dobrze, że przyjęłam duży zapas wycinając kwadraty. 🙂

I tutaj znów – z tego co wiem, rodzice F. przykrywali go tą kołderką w zimniejsze dni.

Poza tym…

Był to okres prób i błędów. Stworzyłam tuzin woreczków, z których część używamy do segregacji elementów w grach planszowych. Uszyłam obrus z mega sztywnego, zasłonowego materiału. Wycięłam mini-kwadraty na ogromną narzutę 200 cm x 220 cm, która nigdy nie została skończona (zresztą jej elementy, nadal leżą w szufladzie).

W końcu nadszedł czas zmierzyć się z pierwszymi ubraniami.

A co prostszego może być niż bluzka oversize? Okazuje się, że wiele. Moja powstała na bazie kwadratu ze sztywnej bawełny pościelowej. Efektu (niestety) nie sfotografowałam, ale wyglądało to mniej więcej tak:

Owszem, narysowałam to w profesjonalnym programie graficznym o nazwie Paint, ale nadal wygląda to lepiej niż uszyta przeze mnie „bluzka”. Ze wstydem ją pocięłam na szmatki i na długo odłożyłam szycie bluzek. Właściwie następna była dopiero koszulka-karmnik.

No i te czapki…

Trochę spokorniałam po nieudanym podejściu do szycia ubrań. Postanowiłam zrobić krok w tył i zmierzyć się z dwustronną dzianinową czapką. Czapkę noszę i jakimś cudem się nie rozpadła, bo zszyłam ją na sztywno stębnówką (znów odezwała się moja niechęć do zygzaka, a nie pomyślałam, że nieelastyczny szew z elastyczną dzianiną mogą nie współgrać).

Ostatecznie poszłam po rozum do głowy.

Poczytałam trochę blogów szyciowych – niezwykle przydatne źródło wiedzy! – z których dowiedziałam się o szeregu błędów, jakie popełniałam. Uznałam, że chyba jednak wolę, żeby ktoś ze mną usiadł i patrząc na ręce tłumaczył krok po kroku proces szycia konkretnej rzeczy. I tak trafiłam na Wstęp do szycia w Ciekawym Szyciu.

Jest to idealna opcja dla tych, którzy nie mają podstaw wiedzy o szyciu oraz tych, którzy jeszcze nie wiedzą, czy to jest zajęcie dla nich. Są to jednorazowe zajęcia, trwające 4 godziny, w trakcie których od początku do końca szyjesz kosmetyczkę z podszewką i zamkiem błyskawicznym, z przepikowanym wypełnieniem – a więc całkiem zaawansowany projekt. Przemiłe panie udzielają odpowiedzi na każde, nawet najbardziej podstawowe pytanie. A na koniec trzymasz w ręku gotową, własnoręcznie zrobioną rzecz. I dopiero rozpiera cię duma.

Życie i szycie toczy się dalej

Potem traktowałam szycie już trochę inaczej. Stałam się bardziej uważna i dokładna, starałam się czytać najpierw jak najwięcej porad związanych z tym, co chciałam szyć. Powstało kilka kolejnych kosmetyczek, kocyków, wkładka do wózka, rogal ciążowy (o którym już czytaliście tu), pokrowiec na maszynę do szycia…

Ale nie próbowałam szyć ubrań. Czułam, że nie chcę się znów zabierać za szycie „z głowy”, dopóki nie uszyję czegoś z gotowego wykroju. Wtedy znalazłam i zapisałam się na kurs w Warszawa Szyje, gdzie Kinga krok po kroku przeprowadziła mnie przez proces szycia sukienki, tłumacząc wszelkie zawiłości napotkane z instrukcji. I tak powstała moja pierwsza sukienka:

Nie wszystko wyszło idealnie, ale nabrałam pewności, że jestem w stanie uszyć coś, co będę mogła nosić.

I tak pokochałam szycie. I z dnia na dzień kocham je coraz bardziej.

A jak wyglądały Wasze początki? Szycia, szydełkowania, pisania, śpiewania – czegokolwiek, co teraz jest Waszą pasją?

Na koniec zobaczcie, jak pięknie przystroiły się na nasz przyjazd drzewa w Górach Świętokrzyskich: